Polonia Brazylijska
04

Polonia Brazylijska

autor: Andrzej Grzeszczuk

Według współczesnych szacunków, chętnie przytaczanych przez media, liczebność Polonii, bądź wręcz Polaków w Brazylii ocenia się na blisko 1,5 mln. Już samo stwierdzenie „szacunki” zakłada daleko idącą niedokładność statystyczną, a dodać jeszcze należy, że podobnie mylące jest w tym przypadku określenie „Polacy”, a nawet „Polonia”. Aby nie odbiegać od prawdy, wypada napisać, że w Brazylii żyje obecnie według różnych szacunków od 800 tys. do 1,8 mln osób polskiego pochodzenia. Znacznie łatwiej dla odmiany opowiedzieć, skąd w Brazylii tak liczna reprezentacja narodu znad Wisły.Wśród wielu opowieści o najdawniejszych kontaktach Polaków z Ameryką są i takie, które sięgają nawet wieków średnich. Pojawiały się w niegdysiejszej literaturze historycznej i popularnej hipotezy mówiące o polskich rycerzach z otoczenia Mieszka I i Bolesława Chrobrego, którzy wraz z wikingami docierali do Ameryki Północnej, o Polaku Janie z Kolna, który w służbie duńskiego króla wyprawił się za ocean jeszcze przed Kolumbem, o udziale w wyprawie Kolumba kilku Polaków i wreszcie – to już hipoteza z ostatnich lat – że Krzysztof Kolumb to ni mniej, ni więcej, tylko syn króla polskiego Władysława Warneńczyka. Według tej tezy władca ten, wbrew dotychczasowym ustaleniom, nie zginął w 1444 r. w bitwie z Turkami pod Warną, lecz ocalał i następnie osiadł na Majorce, należącej podówczas do Portugalii. Tam miał wstąpić w związek małżeński i spłodzić syna, który jako Cristobal Colon służył początkowo królowi portugalskiemu Janowi II, zaś potem w służbie Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego odkryć miał Amerykę.

 

Tyle hipotez, to, co twierdzić możemy z pewnością, to fakt, że pierwszy znany historykom kontakt mieszkańca ziem polskich z dzisiejszą Brazylią nastąpił w 1500 r. Płynąca do Indii, złożona z czternastu statków, portugalska flota, dowodzona przez Pedro Alvareza Cabrala, gnana wichrami zboczyła z kursu i 24 kwietnia przybiła do brazylijskich wybrzeży. Na pokładzie jednego ze statków, być może nawet jako pilot armady, znajdował się Gaspar da Gama – poznański Żyd, który przyjmując wiarę katolicką, przyjął nazwisko ojca chrzestnego, portugalskiego żeglarza i odkrywcy Vasco da Gamy. Niezwykłe życie Gaspara zaspokoiłoby żądzę przygód kilku niespokojnych duchów, a przypadek sprawił, że do swych licznych osiągnięć dodał także udział w odkryciu Brazylii.

 

Kolejni przybysze z Polski trafili do Brazylii wiek później. Pozostający w służbie holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej oficerowie Krzysztof Arciszewski, Zygmunt Szkop i Konstanty Wituski osiągnęli wysokie stopnie wojskowe, walcząc z Portugalczykami o utrzymanie posiadłości Kompanii na brazylijskim wybrzeżu.

 

Krzysztof Arciszewski, wywodzący się ze szlacheckiej rodziny z Wielkopolski, skazany wyrokiem sądu na opuszczenie kraju, służył jako żołnierz w wojnie trzydziestoletniej, zaciągając się pod sztandary obydwu stron konfliktu. Brał także udział po stronie francuskiej w słynnym oblężeniu La Rochelle. W 1629 r. wstąpił na służbę w holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej i jako kapitan przybył w 1630 r. do Brazylii, gdzie wziął udział w walkach z Portugalczykami o posiadłości holenderskie w tym kraju (obecnie stany Bahia i Pernambuco). Wracał do Brazylii jeszcze kilkukrotnie. W 1637 r. został nawet wicegubernatorem holenderskiej prowincji w Brazylii, a także wodzem naczelnym sił holenderskich w kolonii. Osiągnął ostatecznie stopień generała, zaś w 1639 r. opuścił na zawsze Brazylię. Podczas pobytu na kontynencie amerykańskim prowadził interesujące zapiski, dotyczące życia tubylczych plemion indiańskich. Warto wspomnieć, że Arciszewski w 1646 r. powrócił do Polski i objął dowództwo królewskiej artylerii, biorąc potem udział w wojnach z Kozakami i Tatarami.

 

Zapiski Arciszewskiego wykorzystał holenderski uczony Gerard Voss do opisu obyczajów plemienia Tapujów. Stanowią one pierwszy polski opis Indian brazylijskich.

 

“Istnieje zatem plemię Tapujów czy Tapujonów, mieszkające między rzekami Siara i Marantohon. Lud to koczujący na nieuprawnych pustkowiach, dziki i ludożerczy, nie osłaniający żadnej części ciała, nawet wstydliwych. Istotnie, gdy Holendrzy obdarzyli ich pewną ilością odzieży, nim jeszcze zdążyli nacieszyć się tą nowością, już po dwóch dniach pooddawali ją, bądź innym podarowali, lub po prostu porzucili… Wargi, policzki, nozdrza i uszy mieli przedziurawione, a w otworach umieszczali ozdoby z drzewa, kości, piór czy z czego innego. Broń ich składała się z maczugi z bardzo twardego drzewa, z tegoż i łuk, strzały natomiast z trzciny rzecznej, z niej również pociski długości włóczni… Tego jednak pominąć nie możemy, że jedzą ludzkie mięso. Ale sami uważają się za lepszych pod tym względem od innych ludożerców, ponieważ tamci jedzą mięso wrogów, oni zaś tylko przyjaciół, poległych w boju lub śmiercią naturalną, manifestując w ten sposób swą cześć i miłość dla zmarłych.”

 

Epizod brazylijski Konstantego Wituskiego trwał ledwie trzy lata – walczył wtedy u boku Arciszewskiego. Na dłużej natomiast związał się z Brazylią Zygmunt Szkop, który pełnił w latach 1646–1654 funkcje generalnego gubernatora posiadłości holenderskich w tym kraju.

 

W 1631 r. przebywał w Brazylii polski jezuita i męczennik za wiarę ks. Wojciech Męciński. Trafił tu przypadkiem, podobnie jak Gaspar da Gama. Statek, którym płynął do Goa w Indiach, atlantyckie wiatry zniosły na brazylijskie wybrzeże. Przymusowy pobyt wykorzystał ks. Męciński do sporządzenia opisu i mapy Pernambuko.

 

Jest także wysoce prawdopodobne, że między ponad setką polskich jezuitów, którzy w XVII i pocz. XVIII wieku wyruszyli w świat jako misjonarze, byli i tacy, którzy zakładali wśród Indian Guarani na pograniczu Paragwaju, Argentyny i Brazylii słynne osady misyjne – redukcje, spopularyzowane w filmie Rolanda Joffe „Misja”.

 

W 1784 r. zatrzymał się u wybrzeży brazylijskich, w drodze z Baltimore na Madagaskar, Maurycy Beniowski, uczestnik Konfederacji Barskiej, wsławiony brawurową ucieczką z zesłania na Kamczatce.

 

Pięćdziesiąt lat później pojawił się w Brazylii jeden z najsłynniejszych podróżników polskich, wsławiony późniejszymi odkryciami w Australii, Paweł Edmund Strzelecki. Po opuszczeniu Stanów Zjednoczonych udał się na pokładzie statku do Rio de Janeiro, zaczynając w ten sposób południowoamerykański etap podróży. Z pokładu żaglowca zszedł 22 stycznia 1836 r. Tutaj również był świadkiem przybycia do portu żaglowca z afrykańskimi niewolnikami. Widok ten doprowadził Strzeleckiego do poważnego kryzysu wiary w cywilizację europejską: “Pióro wypada mi z ręki, twarz ukrywam ze wstydu i upokorzenia na myśl o klęskach spowodowanych przez występki bliźnich moich.” W Ameryce Południowej Strzelecki spędził ok. półtora roku, przemierzając kontynent w poprzek i opływając jego wybrzeża.

 

W jednym z późniejszych listów tak skrótowo przedstawił swoje wyprawy na tym kontynencie: “…Tu opuściłem ostatecznie Stany Zjednoczone, by udać się do Brazylii. Odwiedziłem Rio de Janeiro, zbadałem prowincję São Paulo i Minas Gerais, później wpłynąłem na La Plata, wstąpiłem do Montevideo i wylądowałem w Buenos Aires. Przebyłem Rzeczpospolitą Argentyńską wszerz przez Kordobę i Mendozę, zbadałem okolice bogate w minerały – przebyłem Kordyliery albo Andy i z Santiago w Chile udałem się na północ do Coquimbo, później na południe do Concepcion. W Valparaiso zaokrętowałem się celem zbadania wybrzeża Pacyfiku – zwiedziłem Limę, Guayaquil, Punta Arenas, San Salvador, Acapulco, St. Blas, Mazatlan i Guayamas; zbadałem zatokę i Półwysep Kalifornii na północ aż do Avispe – następnie odwiedziłem najważniejsze kopalnie, cofnąłem się do Tepu-Xalisco, wróciłem do St. Blas, aby zaokrętować się do Chile…”

 

W marcu 1838 r. zatrzymał się w Rio de Janeiro Ignacy Domeyko, towarzysz Adama Mickiewicza, uczestnik powstania listopadowego, podążający z Europy do Chile, gdzie oczekiwała na niego posada wykładowcy w szkole górniczej w Coquimbo, na północy kraju. Mimo krótkiego pobytu Domeyko pozostawił po sobie barwny opis święta Niedzieli Palmowej, wypadającej wówczas 8 kwietnia.

 

“Nazajutrz przypadało wielkie kościelne święto, jedno z najmilszych, święto Wierzbnej, a jak tu palmą zowią, Palmowej niedzieli. Z wieczora, już w sobotę, małe dzieci czarne i białawe, biegały po ulicach z długimi palmami i jakimiś z zielonej kory trąbkami. Z rana kościoły wszystkie były napełnione, w nich miły chłodek, pełno zieloności, świeżość w ustrojeniu ołtarzów, zapach kwiatów i dziwnie przyjemna spokojność. Szedłem jeszcze ze ściśniętym sercem od widoku tej ludności czarnej, która tak upodlona pracuje w niewoli, nagości, pogardzie i ukrzywdzona wydaje się być od samej nawet natury kolorem i organizacją. Ale ledwo kościelny próg przestąpiłem, otworzyły mi się oczy i lżej mi się na duszy zrobiło. Tu znikła różnica koloru, różnica ras, siły, przemysłu i bogactwa. Czarni i biali, wszyscy pospołu klęczą, bez żadnego odróżnienia miejsc, wyjąwszy małe po bokach odgrodzenia dla kobiet. Wszyscy tu już bracia, dzieci jednego Boga: równość radykalna.”

 

Ani Strzelecki, ani Domeyko nie zdawali sobie prawdopodobnie sprawy z faktu, że już od co najmniej dziesięciu lat w Brazylii znajdują się pierwsi polscy osadnicy.

 

Polska rozdzielona pomiędzy trzy państwa zaborcze wówczas formalnie nie istniała, jednak Polacy, jako obywatele Prus, znaleźli się wśród pierwszych niemieckich osadników, którzy przybyli do stanu Santa Catarina w latach 1824–1829 i osiedli w kolonii Blumenau. Przybysze pochodzili głównie z Wielkopolski, Pomorza i Śląska i stanowili niewielki ułamek większej, niemieckiej fali osadniczej. Zanurzeni w niemieckim, niechętnym polskości otoczeniu, cierpieli szykany ze strony sąsiadów. Tocząca się na terenie zaboru pruskiego walka z żywiołem germańskim, walka o polski język, polską tożsamość, przeniosła się za ocean, do Nowego Świata. Polaków było zbyt mało, aby mogli myśleć o utworzeniu samodzielnych, polskich osad, czemu zresztą sprzeciwiali się stanowczo, używając niekiedy przemocy, Niemcy, zabrakło także przywódcy – organizatora, który mógłby Polaków poprowadzić.

 

Sytuacja uległa zmianie dopiero, gdy do Brazylii przybył Sebastian Woś. Pełen energii, wysoce uzdolniony polski chłop ze Śląska Opolskiego, początkowo, po ukończeniu gimnazjum, myślał o studiach uniwersyteckich we Wrocławiu. Obawa przed służbą wojskową skłoniła go do ucieczki za ocean. Po rocznym pobycie w Argentynie i Urugwaju, w 1868 r. przybył do Brazylii i osiadł w kolonii Blumenau. Odtąd przyjął nowe nazwisko i w historii polskiego osadnictwa w Brazylii znany jest jako Edmund Sebastian Woś Saporski. Szybko stał się naturalnym przywódcą polskiej społeczności. Rozwiązania polsko-niemieckich napięć upatrywał w stworzeniu odrębnych, polskich osad, o ile możności w dużym oddaleniu od kolonii niemieckich. Wraz z proboszczem Blumenau, księdzem Antonim Zielińskim, przystąpił do realizacji planu, którego pierwszym etapem było wystosowanie petycji w sprawie polskich osad do cesarza Pedra II. Równocześnie rozpoczął starania o sprowadzenie z ziem polskich większej liczby osadników. W 1869 r. przybyła pierwsza zwarta grupa 16 polskich rodzin ze Śląska. Zgoda na polskie osady nie została jeszcze udzielona i władze uznały osadników za Niemców, a w ślad za tym osiedliły przybyszów w niemieckiej kolonii Brusque, w stanie Santa Catarina. Mimo energicznych przeciwdziałań Niemców, ks. Zieliński i Woś Saporski uzyskali w końcu zgodę na powstanie polskich osad w stanie Parana. W lipcu 1871 r. 32 polskie rodziny z kolonii Blumenau i Brusque, w sumie 164 osoby, opuściły nocą potajemnie niemieckie osady i przybyły do Kurytyby. Na przydzielonej im ziemi powstała pierwsza polska osada w Brazylii – Pilarzinho (Pielgrzymka). Wkrótce, w 1874 r. powstała kolejna – Abranches, założona przez polskich osadników z Prus, a za nią następne, tworząc wokół Kurytyby prawdziwy polski obwarzanek – z czasem region ten zyskał miano Nova Polonia. Kolejne grupy osadników zajmowały grunty w stanach Santa Catarina i Rio Grande do Sul, Espirito Santo, niektórzy, nieliczni, trafiali także do miast, przede wszystkim Rio de Janeiro i Sao Paulo. Sam Woś Saporski, uzyskawszy uprawnienia geometry, nadal angażował się w organizację polskiego osadnictwa. Wytyczał tereny pod zagospodarowanie, brał także udział w pracach mierniczych przy budowie dróg i linii kolejowych. Nie poniechał również udziału w polskim życiu społecznym i kulturalnym. Był współzałożycielem pierwszego polskiego stowarzyszenia w Brazylii – Towarzystwa im. Tadeusza Kościuszki, którego został wiceprezesem, przez wiele lat był także redaktorem, wydawanego w Kurytybie, „Głosu Polskiego”, czasopisma, do którego powstania również się przyczynił. W 1912 r. został wybrany deputowanym do parlamentu stanowego Parany. Zmarł w 1933 r., wcześniej za zasługi dla polskiego osadnictwa został odznaczony w 1924 r. Orderem Odrodzenia Polski.

 

Do chwili wybuchu „gorączki brazylijskiej” liczba osiadłych tu Polaków ograniczała się do kilkunastu tysięcy, przybyłych głównie ze Śląska, Wielkopolski i Pomorza.

 

Największa fala emigrantów ruszyła po 1890 r. Zniesienie niewolnictwa i wprowadzenie ustroju republikańskiego spowodowało gwałtowny wzrost zapotrzebowania na osadników zdolnych do zagospodarowania ogromnych obszarów Brazylii. Propaganda brazylijskich emisariuszy trafiała na podatny grunt wśród polskich chłopów. Sprzyjał temu głód ziemi, nędza, niski poziom wykształcenia i, nie zawsze zgodne z rzeczywistością, wyobrażenia o dostatnim życiu w nowym świecie. Tych, którzy docierali do Brazylii w czasach gorączki, czekało niejednokrotnie rozczarowanie. Tereny korzystnie położone, żyzne i nieodległe od dużych ośrodków miejskich były już zajęte. Pozostawały ziemie w głębi kraju, zalesione, często bronione przez Indian, wymagające wielkiej pracy i ogromnego samozaparcia. Osadnicy polscy trafiali teraz także do stanów Mato Grosso, Minas Gerais, São Paulo, Rio Grande do Sul, a także do zasiedlanych już wcześniej Santa Catarina i Parana.

 

Po 1890 r. z terenów zaboru rosyjskiego i austriackiego przybywa ok. 80 tys. Polaków, z których na stałe w Brazylii pozostaje nieco ponad 60 tys. Część powraca do kraju, część przemieszcza się do Argentyny, wielu umiera z powodu nędzy i chorób. Natężenie migracji nieco opada, aby w latach 1897–1905, gdy trwa druga fala „gorączki”, ponownie wzrosnąć. Wówczas z Galicji Wschodniej (zabór austriacki) przybywa ok. 7 tys. osadników. Do wybuchu I wojny światowej dociera jeszcze ok. 30 tys. osadników z ziem polskich. Ogólnie szacuje się, że do 1914 r. do Brazylii przybyło ok. 100 tys. Polaków, aczkolwiek należy pamiętać, że obliczenia statystyczne są w tym przypadku dość skomplikowane i nie zawsze pewne, ponieważ w dokumentach związanych z migracją Polacy występują najczęściej jako obywatele Austrii, Niemiec i Rosji. W latach 1871–1914 powstało na terenie Brazylii 91 polskich osad. Według obliczeń w latach 20. XX wieku w stanie Parana żyło ponad 100 tys. Polaków, w Rio Grande do Sul ponad 60 tys. i w Santa Catarina ok. 19 tys. Niekiedy było to już drugie pokolenie urodzone w Brazylii. Po I wojnie światowej emigracja z Polski do Brazylii zaczęła ponownie wzrastać. Szacuje się, że w latach 1920–1938 wyemigrowało do Brazylii 41,2 tys. osób z terenów polskich, jednak znaczna część z nich to osadnicy narodowości ukraińskiej i żydowskiej. 90 procent emigrantów osiadło na roli. Przyznawane działki o powierzchni 25 ha znajdowały się nierzadko z dala od zamieszkanych terenów, osad, nie mówiąc już o dużych miastach. Pierwsze lata były bardzo trudne – karczowanie lasu, mieszkanie w szałasach, starcia z Indianami, głód, niedostatek i choroby.

 

Podróżujący po Brazylii i mieszkający w tym kraju kilka lat polski podróżnik Mieczysław Lepecki tak pisał o doli polskiego chłopa rzuconego w brazylijską dżunglę:

 

“Miernik wycinał w dziewiczym lesie długi przesiek, po czym po obu jego stronach wyznaczał kołkami wbitymi w ziemię loty (działki). Zawsze miały one 250 metrów szerokości i 1000 metrów długości. Tak więc „grunt” był to kawał splątanego lianami tropikalnego lasu, do którego przy pomocy fakona (specjalnego długiego noża) nie było nawet sposobu wejść. Teoretycznie rząd miał obowiązek budować osadnikom prowizoryczne chaty, ale z reguły obowiązku tego nie dotrzymywał. Chłop, otrzymawszy działkę, znajdował się dosłownie pod gołym niebem. Budował więc najpierw szałas z gałęzi, krył liśćmi, a kobieta gotowała strawę przy ognisku. Jedyną pomocą od zarządu kolonii było dostarczenie mu siekiery, fojsy (rodzaj sierpa), motyk, gwoździ. Z tego dobytku miało powstać przyszłe szczęście osadnika.”

 

Odmiennie przedstawiała się sytuacja pierwszych osadników, tych przybyłych w latach 70. XIX wieku. W latach 1934–1935 polskie parafie w Brazylii, Argentynie i Urugwaju wizytował pierwszy ordynariusz częstochowski ks. bp Teodor Kubina. Tak wspominał polskie osady z okolic Kurytyby:

 

“Są to kolonie już stare, doskonale zorganizowane i zagospodarowane. Życie w nich płynie normalnym trybem. Nie są tu dziś potrzebne wysiłki pionierskie, bo nie ma już dzikiej puszczy; z pierwotnych lasów i borów pozostały obecnie już tylko marne resztki, wszędzie ziemia przemieniła się w urodzajną, w dobrze uprawioną rolę. Z miasta prowadzą we wszystkie strony poprzez pagórkowaty teren mniej lub więcej dobre drogi, na których panuje wszędzie duży ruch kołowy. Zaludnienie jest tu dość gęste. Bliskość poważnego centrum handlowego, jakim jest Kurytyba, i bliskość kolei, pozwala na łatwiejszy i korzystniejszy zbyt plonów rolnych, wskutek czego koloniści są tu zamożniejsi niż w interiorze, choć gospodarstwa ich nie są tak duże jak tamte.”

 

Jednak nawet w Paranie, zwłaszcza na pograniczu terenów zagospodarowanych, wydarzyć się mogło niejedno:

 

„Pod wieczór na dalekim widnokręgu widzieć można słupy dymu wznoszącego się ku niebu; są to ogniska Botokudów, najgroźniejszego szczepu indyjskiego. Nigdy tam jeszcze nie postała noga intruza. Baczni i czujni strzegą Botokudowie z największą starannością swych siedzib, żyją odosobnieni, bez najmniejszej łączności z resztą świata. Ścieśniani na coraz to mniejsze terytorya, postanowili zginąć, a nie poddać się cywilizacyi. Przestrzegają oni tej zasady w tej mierze, że matka zabija własne dziecię jako zbezczeszczone, jeżeli go dotknęła ręka najeźdźcy. Z tych powodów dzieci botokudzkie, które popadły w jakikolwiek sposób w ręce kolonistów, zatrzymuje się i wychowuje, a jak się okazało, są one bardzo zdolne do umysłowego rozwoju. Z polskimi osadnikami żyją Botokudzi w znośnym stosunku, choć bezpośrednia styczność z nimi nie istnieje. Były wprawdzie po kilka razy bardzo krwawe zajścia; i tak w roku 1892 zginęło 18 osób z polskiej strony, w r. 1901 również kilku mężczyzn, kobiet i dzieci w napadzie przez Botokudów urządzonym, otwarcie mówiąc były do tego powody. Osadnicy zabrali im za wskazówką rządu, mimo przestróg ich, święte miejsca i równocześnie urządzali strzelcy brazylijscy obławę botokudzką. Mimo to śmierć napadniętych osadników została przez pościg polski pod przewodnictwem ks. Iwanowa krwawo pomszczona. Gdy włoskie lub niemieckie dziecko wejdzie do lasu zabawić się, zazwyczaj nie wraca. Nigdy jeszcze nie było wypadku, aby zginął Polaczek. Niektórzy koloniści polscy twierdzą, że zetknęli się już z Botokudami w lesie i rozeszli się zgodnie. Przypisać to można tej okoliczności, że Polacy nie urządzają sobie ohydnych polowań botokudzkich, uważając to za sprzeczne z przykazaniem Bożem. Inaczej zapatrują się Niemcy i strzelcy brazylijscy, tępią więc nieszczęśliwych na równi z drapieżnym zwierzem, …lecz wobec tak barbarzyńsko – marsowych zasad nie posiadają jednak tyle odwagi, aby swoje czyny własną pokryć odpowiedzialnością, mażą sobie bowiem przed wyprawą twarz farbą, aby ich dzicy poznać i później pomścić swej krzywdy nie mogli. Botokudzi umieją rozróżniać nieprzyjaciół, wyśmienicie znają swych spokojnych sąsiadów, bo przychodzą wieczorem podglądać do ich okien. Należą oni do najstarszych szczepów amerykańskich o wybitnie mongolskich rysach. Pożycie ich jest surowe wśród wielożeństwa. W dolnej wardze i w miękiszu uszu, rozciętych i okropnie rozepchniętych noszą wtłoczone tarcze z drzewa. Są tchórzliwi i broni palnej bardzo się boją. Pod względem kultury stoją tak nizko, że nawet kamieni łupać nie umieją, a do wyrobu swych narzędzi i sprzętów używają drzewa, włókien roślinnych, kości; metalu zaś nie znają. Broń ich stanowią łuki i maczugi. Inżynier p. Saporski, senior immigrantów polskich w Paranie, zapewniał mię, że starszy Botokud, wzięty do niewoli, nie przyjmuje żadnego pożywienia i zamiera z głodu.”
Zenon Lewandowski, Wychodźstwo polskie i stan Parana w Brazylii, Poznań 1902.

 

Jak wyglądała w tym czasie polska osada w Paranie:

 

„Wedle mego obliczenia stanowi osada Lucena kompleks około 20 klm. długi i tyle szeroki, poprzecinany drogami w części kołowemi, w części dla konia lub muła tylko przystępnemi. Co parę set metrów stoją przy drodze chałupy osadników, sklecone z tarcic, kryte szkudłami, czasami obok chałupy widnieje stajenka lub jakie inne zabudowańko. Przed domem znajduje się zazwyczaj ogródek z kwiatkami, obok domu po większej części młody las, cienki i różniący się od dziewiczego; jest to tak zwany ugór. Ugór odpoczywa 5-6 lat i zamiast trawą, jak u nas, porasta drzewami. Po upływie wspomnianego czasu las się ścina i po uschnięciu spala; pozostający popiół stanowi umierzwienie. Pole uprawne znajduje się głębiej. Każdy osadnik mieszka na swej działce wynoszącej 25-30 hektarów, z których tylko bardzo małą część kolejno obsiewa, reszta służy bądź za pastwisko lub leży nie tknięta. Po spaleniu lasu dziewiczego, nie troszcząc się o pozostałe pnie, wybija się zaciosanym drągiem lub motyką dołki i wkłada w nie nasiona kukurydzy lub t. p.; gdy z biegiem czasu pnie miękkich drzew próchnieją, twardsze, pozostałe po imbuji i polisandrze ruduje się i wprowadza się do gospodarstwa pług. Koloniści nasi uprawiają kukurudzę, fasolę, żyto, maniok, pszenicę, len, konopie, kartofle, cebule, tytoń i różne jarzyny. Wino i tabaka udają się doskonale, lecz bywają uprawiane tylko w koloniach włoskich. Jabłonie, grusze europejskie nie znalazły podatniego gruntu, rozwijają się licho i wydają owoc zdrzewniały, twardy, za to pigwy udają się wyśmienicie. Pszczoły istnieją w kilku gatunkach, z tych czarne małe są bardzo pracowite i wytrzymale, dają atoli miód kwaskowaty. Zwierzęta domowe są te same co w Europie. W miejsce konia używa się najchętniej muła, jest on odpowiedniejszy dla lichych i kamienistych dróg i ścieżek. Zwierząt drapieżnych jest stosunkowo bardzo mało. Są jaguary, pumy, żbiki, wydry. Jako szkodników głównych uważa się dziki, tapiry i małpy, z ptaków papugi. Nie małe niebezpieczeństwo dla ludzi i bydła stanowią różne gatunki węży, których jest bardzo wiele.

 

Do głównych źródeł dochodu osadników polskich w Paranie i głównego przemysłu krajowego należy zbieranie i doprawianie liści z drzewa Herva mate (Ilex paraguayensis), które dają gatunek herbaty konsumowanej w południowej części południowej Ameryki. Jest to niewielkie drzewo o białawej korze, liściach lancetowatych, żółtawozielonej barwy. Przyprawianie herbaty odbywa się w ten sposób, że odcięte gałęzie z liśćmi przeciąga się zręcznie nad ogniem, aby je zwarzyć, następnie suszy i wędzi się je rozwieszone w szałasach, omłaca później cepami, sypie w bambusowe kosze lub skórzane wory i wysyła na mułach do młyna, gdzie je mielą na proszek lub krają drobno.”

 

Zenon Lewandowski, Wychodźstwo polskie i stan Parana w Brazylii, Poznań 1902.

 

Otoczeni obcym językowo i kulturowo społeczeństwem Polacy konserwowali własny język, kulturę i obyczaje, tworzyli szkoły i budowali kościoły. Już 15 czerwca 1890 r.
powstało w Kurytybie pierwsze Towarzystwo Polskie im. Tadeusza Kościuszki, z prezesem Adamem Stachowskim i wiceprezesem Edmundem Saporskim na czele. W 1898 r. założono, także w Kurytybie, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, w 1902 r. Koło Młodzieży Polskiej, a w 1906 r. Towarzystwo św. Stanisława. Również poza Kurytybą powstawały kolejne polskie organizacje. Najstarsze z nich to Towarzystwo Polskie im. Kazimierza Pułaskiego w São Mateus do Sul. Następne instytucje i ich terenowe oddziały szły w setki. Najbardziej znane to działające w Porto Alegre Towarzystwo Orła Białego i Towarzystwo Tadeusza Kościuszki, Towarzystwo Białego Orła w Rio Grande, Towarzystwo Matki Boskiej Częstochowskiej w Guarani des Missoes, Towarzystwo św. Izydora w Ijui, Towarzystwo Odrodzenie w Ponta Grossa, Towarzystwo Józefa Piłsudskiego w Sao Paulo. Liczne polskie stowarzyszenia rzadko niestety współpracowały, przeciwnie, niekiedy wdawały się w zbędną rywalizację i konflikty. Zmiany rozpoczęły się dopiero po I wojnie światowej. W 1920 r. powstał Związek Polskich Towarzystw Oświatowych i Kulturalnych, a w 1922 Związek Towarzystw Polskich „Oświata”. Obydwie te organizacje, jednoczące już wcześniej dziesiątki mniejszych stowarzyszeń, połączyły się w 1930 r., tworząc Centralny Związek Polaków w Brazylii. Mimo to poza Związkiem nadal pozostawała ogromna liczba lokalnych polskich zrzeszeń. Polacy w Brazylii wielką wagę nadawali nauce języka polskiego. Język polski do lokalnych szkół w Paranie wprowadzano incydentalnie już w latach 70. XIX wieku. Pierwsza polska szkoła powstała w 1892 r. w São Mateus. Wkrótce było ich wiele, miały zazwyczaj dobrą bazę lokalową – mieszkańcy osady za punkt honoru uznawali zbudowanie odpowiedniej siedziby dla szkoły – jednak poziom nauczania w tych szkołach nie był wysoki. Brakowało wykwalifikowanych nauczycieli, programów nauczania, podręczników. Pierwszy elementarz dla szkół polskich w Brazylii, autorstwa Hieronima Durskiego, ukazał się w 1892 r. Wkrótce pojawiły się następne, nie tylko do nauki języka polskiego. Z czasem zwiększała się liczba wykwalifikowanych nauczycieli, którzy w latach 20. zrzeszyli się w Polskim Związku Zawodowym Nauczycieli Szkół Prywatnych i Związku Nauczycieli Chrześcijańskich Szkół Polskich. Z czasem związki te połączyły się, tworząc Zrzeszenie Nauczycielstwa Szkół Polskich w Brazylii. W 1911 r. rozpoczęło działalność pierwsze polskie gimnazjum im. Mikołaja Kopernika założone w Marechal Malet. Obok szkół powstawała sieć bibliotek, niekiedy objazdowych, działały także zespoły muzyczne i amatorskie teatry. Bujnie rozwijała się polska prasa. Obok najstarszej „Gazety Polskiej” w Brazylii, do 1914 r. działało już 18 innych tytułów prasowych.

 

Polskie życie społeczne i kulturalne rozkwitało, aż do późnych lat 30. Małżeństwa zawierano głównie pomiędzy sobą, podstawowym językiem komunikacji był język polski, kultywowano polskie tradycje i styl życia. W 1937 r. w stanach Espirito Santo, Rio de Janeiro, São Paulo, Parana, Santa Catarina, Rio Grande do Sul działały 293 szkoły polskie świeckie i 37 zakonnych, w których zajęcia prowadziło 287 polskich nauczycieli. Działało 491 stowarzyszeń, z których 266 należało do Centralnego Związku Polaków w Brazylii. Wydawano ponad 20 tytułów prasowych, dzienników, tygodników i miesięczników.

 

Kryzys nadszedł w 1938 r. Prezydent Getulio Vargas rozpoczął proces nacjonalizacji – zamknięto szkoły, w których językiem wykładowym był inny język niż portugalski, zakazano emigrantom używać ich języków. Ustawy były skierowane przeciw szkolnictwu i prasie – w wyniku ich realizacji zlikwidowano 335 towarzystw polskich i 200 szkół. Po zakończeniu wojny Brazylia przyjęła emigrantów ze zdemobilizowanych na Zachodzie polskich oddziałów wojskowych i byłych więźniów obozów koncentracyjnych. W sumie po II wojnie światowej do Brazylii przybyło od 10 do 20 tys. Polaków, którzy stali się często motorem napędowym dla zamierających polskich instytucji. Przeważała wśród nich inteligencja i robotnicy wykwalifikowani. Jednak mimo tego, ostatniego już, zastrzyku „polskiej krwi” w latach powojennych polscy Brazylijczycy zaczęli stopniowo tracić kontakt z ojczyzną, zanikł zwyczaj czytania po polsku, zabrakło zainteresowania wydarzeniami w Polsce. Potomkowie polskich emigrantów powoli stali się Brazylijczykami. Odrodzenie świadomości narodowej nastąpiło po wyborze Karola Wojtyły na papieża i powstaniu „Solidarności” – wydarzenia te były głośne w mediach i przyczyniły się do spopularyzowania Polski w Brazylii. Wybór polskiego kardynała na głowę Kościoła katolickiego stał się impulsem, który przywrócił wielu pamięć o polskiej tożsamości, polskie pochodzenie uczynił przedmiotem dumy.

 

W 1989 r. powstała w Kurytybie Federacja Stowarzyszeń Polonijnych w Brazylii POLBRAS, a w 1990 r. do życia powołano BRASPOL – Centralną Reprezentację Wspólnoty Brazylijsko-Polskiej w Brazylii. Obecnie istnieje ponad 330 oddziałów BRASPOL-u w 16 z 27 stanów Brazylii. W większości korzystają one ze wspólnotowych obiektów przy kościołach, kaplicach i instytucjach społecznych. Działalność oddziałów obejmuje spotkania świąteczne, obchody rocznic narodowych, wystawy, festyny z daniami kuchni polskiej. Przy BRASPOL-u działają chóry i zespoły folklorystyczne, organizowane są również kursy języka polskiego na poziomie podstawowym. Zainteresowanie polskością, historią, kulturą i dniem dzisiejszym kraju przodków przeżywa renesans.